Szukaj

Kontakt z promieniowaniem: skąd wiedzieć, co nam zagraża?

Podziel się
Komentarze0

Japońskie władze po ostatnim trzęsieniu ziemi próbowały zapobiec całkowitemu wybuchowi trzech reaktorów nuklearnych, uszkodzonych w czasie tsunami. Po użyciu wody morskiej do chłodzenia reaktorów, inżynierowie wypuścili do powietrza część radioaktywnej pary, aby obniżyć ciśnienie, które stało się niebezpiecznie wysokie. W ten sposób uwolniono do atmosfery tysiące cząsteczek. Helikoptery wykryły je w promieniu aż do 100 km od reaktorów.



Skąd więc wiedzieć, czy ewakuowani byli narażeni, bądź nie, na kontakt z niebezpiecznym promieniowaniem? Dzięki analizie krwi. Pracownicy elektrowni nuklearnych, radiolodzy oraz ratownicy mogą nosić znaczki bądź pierścienie wskazujące im poziom radioakywności środowiska, w którym się znajdują. Pomiary a posteriori są jednakże trudniejsze.

Jedna z najczęściej stosowanych technik polega na sprawdzeniu odzieży pacjenta specjalnym urządzeniem. Powietrze przenika do komory wypełnionej tlenem (albo argonem) i maszyna wykrywa reakcję między gazem a cząstkami radioaktywnymi. Inna opcja to pobranie próbki z ust albo z nosa pacjenta, zanim przeprowadzimy podobne doświadczenie. Jeśli jedna z tych metod pozwoli wykryć kontakt z promieniowaniem, wykonuje się wtedy pobranie krwi.

Absorpcja ponad 500 mSv (milisiwert, 1 mSv=10-3 Sv) może obniżyć liczbę białych krwinek we krwi. Jednakże, na tę chwilę, wydaje się, że nikt w Japonii jeszcze nie został w ten sposób napromieniowany. Aż do tej pory, najwyższy zarejestrowany poziom wynosił 106 mSv. Tytułem porównania, pracownicy z Czarnobyla otrzymali ponad 5000 mSV... , a mówimy tutaj o tych, którzy przeżyli.

Dawka 500 mSv jest, w rzeczywistości, dość łagodna. Poziom białych krwinek generalnie zaczyna się podnosić po kilku dniach, a zaostrzenie ryzyka zachorowania na raka jest nikłe. Dla przeciętnego Amerykanina, ryzyko zachorowania na raka w którymś momencie życia wynosi jeden do dwóch. Pojedynczy kontakt z radioaktywnością rzędu 500 mSv sprawia, że ryzyko to skacze do 1,9999.

W nieszczęśliwych przypadkach, gdzie pracownik elektrowni atomowej ma objawy bardzo poważnego kontaktu z promieniowaniem, leczenie będzie zależało od odpowiedzialnych cząsteczek. Skutki napromieniowania radioaktywnym cezem można leczyć przy pomocy czynnika chelatującego, czyli produktu chemicznego, który przyczepia się do cząsteczki i umożliwia jej ewakuację wraz z moczem. Osoby, które wdychały dawki radioaktywnego jodu nie mają tyle szczęścia. Mogą one być leczone profilaktycznie, przy pomocy pastylek zawierających jodek potasu, ale nie ma skutecznego leczenia po kontakcie z promieniowaniem. Ofiara więc musi czekać, aż jej ciało samo „wyleczy się" ze skażającego produktu.

Promieniowanie... i co potem?

Zobacz również:



Kiedy zagrożenie już minie, a ewakuowane rodziny dostały już pozwolenie na powrót do domów, czy powinny one wyrzucać wszystkie swoje meble i ubrania? Nie, jeśli okna były zamknięte. Solidny budynek stanowi bardzo skuteczny bastion chroniący przed radioaktywną chmurą. Jeśli więc dziś zauważyliście, że radioaktywna chmura przechodzi nad waszym domem, a wasze drzwi i okna są zamknięte, wiedzcie, że zwiększenie poziomu radioaktywności na zewnątrz nie będzie miało konsekwencji dla waszego zdrowia.

Natomiast, jeśli dom w jakiś sposób zostanie otwarty, powinien zostać sprawdzony wtedy przez profesjonalistę. W przypadku bardzo dużego kontaktu z promieniowaniem, odkażanie może polegać na wyrzuceniu ubrań i mebli, na czyszczeniu ścian, na usunięciu podłóg i na pomalowaniu całego domu specjalnymi farbami, które pozwalają ograniczyć jeszcze obecne cząsteczki radioaktywne. Domy najbardziej skażone zostaną zniszczone.

Inaczej to wygląda, jeśli chodzi o zewnątrz. Istnieją bardzo duże szanse na to, że radioaktywne cząsteczki będą obecne na dachach domów w bliskim sąsiedztwie elektrowni. Jeśli chodzi o mieszkańców, lepiej jednakże poczekać, aż deszcze je usuną, zamiast ryzykować i samemu je czyścić wężem ogrodowym.

Jaka ilość promieniowania jest akceptowalna i skąd to wiemy?

Problemy związane z nuklearnymi reaktorami japońskimi sprowokowały masowe wykupywanie pigułek jodku potasu w Kalifornii, gdzie mieszkańcy obawiają się, że chmura radioaktywna przemierzy ocean. Obawy te są bezpodstawne, według większości ekspertów. Ich zdaniem bowiem, nawet jeśli chmura przejdzie nad oceanem i dojdzie do Stanów Zjednoczonych, to nie przeniesie ona już wystarczających ilości cząstek radioaktywnych, które mogłyby być szkodliwe.


A więc, skąd wiemy, że poziom promieniowania staje się zbyt wysoki? Badając tych, którzy przeżyli Hiroszimę i Nagasaki. Podłużne badania amerykańsko-japońskie „LSS" obejmują około 120 000 mieszkańców tych dwóch japońskich miast, a także ponad 86 000 ludzi, którzy przeżyli wybuch bomb i którzy znajdowali się w promieniu 2,5 km od każdej eksplozji.

Od 1950 roku, badacze odnotowywali każdy przypadek raka oraz innych chorób dotyczących tej populacji. W zależności od tych danych, naukowcy są w stanie ocenić wzrost ryzyka dla zdrowia związanego z różnymi stopniami ekspozycji na radioaktywność. Naukowcy również przeprowadzili badania odnoszące się do osób regularnie narażonych na nadmierne promieniowanie, niezależnie od tego, czy chodziłoby tutaj o procedury medyczne (jak skanery) czy też o miejsca pracy.

Jeśli więc Departament Energii finansuje badania nad wpływem niskich dawek promieniowania na zdrowie zwierząt i ludzi, na poziomie komórkowym, to więszkość badań odnoszących się do ryzyka radioaktywnego opiera się głównie na obserwacjach całych populacji. Opierając się generalnie na badaniach nad ocalałymi z eksplozji atomowych, badacze są w zasadzie zgodni co do tego, iż za każdym razem, kiedy poziom ekspozycji wzrasta o jeden siwert (1 Sv), czyli o dawkę około 280 razy większą niż średnia roczna dawka, to ryzyko raka się zaostrza, na całą długość życia, o około 4-5%. Wzrost ryzyka zmienia się także w zależności od wieku oraz innych indywidualnych czynników ryzyka.

Żaden poziom promieniowania nie jest uznawany uniwersalnie jako „bez ryzyka", przede wszystkim dlatego, że badania nad bardzo małymi dawkami - jak te, na przykład, emitowane przez skaner na lotnisku - są bardzo skomplikowane. Przeciętny Amerykanin jest narażony na około 3,6 milisiwertów (3,6 mSv), albo 360 miliremów (jednostka promieniowania jonizującego), promieniowania na rok - z czego 80%, w sumie, pochodzi ze źródeł naturalnych, takich jak gaz radon albo promieniowanie kosmiczne.

Ze swej strony, Krajowa Rada ds. Pomiarów i Ochrony przed Promieniowaniem (NRCP National Council on Radiation Protection & Measurements, Stany Zjednoczone),  zaleca nie przekraczanie, rocznie, jednego milisiwerta dotyczącego kontaktu z promieniowaniem pochodzącym ze źródeł nienaturalnych i niemedycznych, a także określa niewielką dawkę indywidualną poniżej 0,01 milisiwerta, otrzymaną za jednym razem.

Organizacja Narodów Zjednoczonych zadeklarowała, w piątek 11 marca 2011 roku, że urządzenia nadzorujące w Kalifornii były w stanie wykrywać nawet ekstremalnie niskie promieniowania. Jeśli więc Organizacja Narodów Zjednoczonych powstrzymuje się przed precyzyjnym definiowaniem jakiejkolwiek dawki, oznacza to prawdopodobnie, że ma ona nadzieję, iż poziom promieniowania nie będzie przekraczał „niewielkiej indywidualnej dawki”.

Komentarze do: Kontakt z promieniowaniem: skąd wiedzieć, co nam zagraża?

Ta treść nie została jeszcze skomentowana.

Dodaj pierwszy komentarz