Szukaj

Maminsynek czy lwie serce?

Niektórzy z nas zachowują zimną krew w kryzysowej sytuacji. A inni uciekają biegiem. Pięcioletnie dziecko mogło zostać uratowane z rąk mężczyzny, który próbował zaciągnąć je siłą na strych w Bourg-en-Bresse we Francji, dzięki interwencji starszej siostry (13-letnia dziewczyna).


Strzelanina, w której o mały włos nie zginęła polityk amerykańska pani Gabrielle Giffords, pokazała mechanizmy, które sprawiają, że niektóre osoby reagują lepiej niż inne w sytuacjach ekstremalnych.

W styczniu 2011 roku, kiedy doszło do rzeczonej strzelaniny wymierzonej w Gabrielle Giffords, byliśmy świadkami narodzin pół tuzina autentycznych bohaterów. Jest to przede wszystkim pani Patricia Maisch, 61 lat, która wyrwała amunicję z rąk autora strzałów, którym jest Jared Loughner, podczas gdy próbował on przeładować broń. Ludzie, tacy jak ona, w zupełności zasługują na nasz szacunek i nasz podziw; ich reakcja na sytuację kryzysową zdaje się nam wręcz nadludzka.

Zachwycając się ich niezwykłymi czynami nie możemy jednakże przestać zapytywać się skąd, dokładnie, bierze się ich zimna krew? Czy ludzie ci rodzą się z wyrazem twarzy rozświetlonym optymistycznym zaufaniem, gotowi do wykonywania pilnej operacji chirurgicznej w pokoju obok, w razie potrzeby? Czy też tej zimnej krwi nabierają wraz z doświadczeniem? Czy zimna krew jest wrodzona, chcemy wiedzieć, czy też nabyta? Jaki jest najlepszy sposób, aby kontrolować strach i stres?

Debatujemy nad tym pytaniem już od czasów Sokratesa, ale psychologia dysponuje jedynie bardzo niewielką ilością danych na temat sposobu w jaki geny i doświadczenie reagują między sobą, aby określić naszą reakcję w sytuacji stresującej. Dzisiaj, mamy o wiele lepsze, bardziej precyzyjne pojęcie na temat pochodzenia flegmatyczności. Okazuje się, że zdolność do zachowania spokoju w napiętej sytuacji ma bardzo silny składnik genetyczny – a jednak, nasz spokój jest głównie rezultatem tego wszystkiego, co robimy, aby go w sobie zbudować przez całą długość naszego życia.

Natura i genetyka

Zacznijmy od strony „natura” tego równania. Dla każdego z nas, punkt wyjścia naszej zdolności do nietracenia głowy jest zapisany w naszym DNA: jest to nasza wrodzona predyspozycja do niepokoju. Zawsze wiedzieliśmy, że niepokój jest częściowo dziedziczny – rodzice mogą, na przykład, „zarazić” swoje dziecko przyszłą nerwicą już pierwszego dnia.

Ale nikt nigdy nie wiedział w jakich proporcjach są ważne nasze geny, aż do dnia, kiedy psychiatra Kenneth Kendler nie zajął się tą kwestią. W badaniu z 2001 roku, Kenneth Kendler oraz jego koledzy przebadali 1 200 par bliźniąt płci męskiej, prawdziwych i fałszywych, i przestudiowali indywidualne fobie dla każdego.

Ponieważ wszystkie bliźniaki otrzymały takie same wykształcenie, ale jedynie prawdziwe bliźniaki miały takie same DNA, Kendler mógł wyeliminować czynniki środowiskowe i przeliczyć czystą liczbę określającą naszą predyspozycję genetyczną do niepokoju. Rezultat? Geny są odpowiedzialne w 30% za nasz strach.

„Aha !”, mamy ochotę krzyknąć. „A więc, zimna krew w sytuacji stresowej jest genetyczna w 30%!” Nie całkiem. Przede wszystkim, niepokój wpływa z pewnością na nasze zachowanie w zagrażającej nam sytuacji, ale czucie się niespokojnym niekoniecznie oznacza to przekształcenie się w „cykora” – daleko do tego.

Niektóre osobowości, najbardziej flegmatyczne w historii, był również ofiarami niepokoju. Poziom stresu, który odczuwał Bill Russell, z Boston Celtics, który poprowadził swoją ekipę do 11 mistrzostw NBA, był legendarny wśród jego drużyny; aż do końca swojej kariery, Bill Russell był tak potwornie przerażony, że wymiotował przed każdym meczem. A kiedy Laurence Olivier dał przedstawienie najbardziej wychwalane w całej jego aktorskiej karierze, on również cierpiał tak straszliwą tremę, iż poprosił kogoś, aby wypchnął go – fizycznie – na scenę. Czuć przerażenie i polec w sytuacji stresowej niekoniecznie idą w parze.

Badania i walka


Pierwszymi, którzy przeprowadzili użyteczne badania specyficznie nad zimną krwią w okresie kryzysowym, byli badacze-specjaliści od walki, podczas drugiej wojny światowej, którzy mogli dosłownie badać żołnierzy pod ostrzałem.

W 1943 roku, pewien brytyjski oficer, Lionel Wigram, zauważył, że jego studia nad jednostkami piechoty na froncie włoskim miały pewien regularny styl. Za każdym razem, kiedy sekcja 22 mężczyzn była konfrontowana z nieprzyjacielskim ogniem, notował Wigram, żołnierze reagowali zawsze według tych samych proporcji: kilku żołnierzy poddawało się strachowi i próbowało uciekać; kilku innych dawało dowody odwagi; a największa część żołnierzy wpadała w stan oszołomionego otępienia, zupełnie nie wiedząc co robić.

Zobacz również:



Wigram nie był naukowcem, ale jego idea naszych instynktownych reakcji jest zauważalnie prawidłowa. Według badań przeprowadzonych przez psychologa specjalistę przetrwania, Johna Leach, kiedy jakaś grupa osób znajduje się w sytuacji kryzysowej, takiej jak pożar albo katastrofa naturalna, od 10% do 15% spośród nich w sposób nieunikniony będzie miało atak paniki, od 10% do 20% zachowa spokój, a cała reszta zmieni się w owce, zagubione i niepewne.

Statystyki te nie są, szczerze mówiąc, satysfakcjonujące dla tych spośród nas, którzy wyobrażają sobie, iż zareagowaliby na jakiś atak wściekłą serią bohaterskich ciosów karate – a najgorsze jeszcze przyjdzie.

Badając osoby, które zachowują naturalnie swoją zimną krew w okresie kryzysu, badacze odnaleźli dowody na to, że ich spokój ma podłoże biologiczne. Psychiatra z Yale, Andy Morgan, na przykład, badał rekrutki z elitarnych sił specjalnych, podczas gdy one były poddawane treningowi „przeżycia, uniku, oporu i ucieczki”, czyli kursowi prowadzonemu przez trzy tygodnie, mającemu symulować tortury i schwytanie przez wroga. Jest to program niesamowicie stresujący, w czasie którego, jednak, liczne rekrutki były w stanie zachować swoją zadziwiającą jasność umysłową.

Kiedy Andy Morgan przeanalizował testy krwi żołnierzy, którzy zachowali spokój, stwierdził on, iż produkowali oni o wiele więcej pewnego „małego głupiego peptydu, nazywanego neuropeptydem Y (NPY)” niż rekruci najbardziej oszołomieni. Peptyd NPY dodatkowy funkcjonuje jak umysłowa kamizelka kuloodporna odbijająca stres; jego działanie jest tak długie, że Morgan był w stanie powiedzieć, czy żołnierz mógł dołączyć do sił specjalnych czy też nie, po prostu na podstawie analizy krwi.

Przerażenie determinowane?

Wydawać by się mogło więc, że dowody na to, iż zimnej krwi nie można nabyć w przeciągu życia, wręcz się akumulują. Nasze przerażenie jest zdeterminowane w 30%? Mniej niż piąty z nas reaguje naturalnie dobrze na sytuację stresową? Nie tak szybko! Zanim zaczniecie się wzruszać rozmiarem swojego poziomu NPY, weźcie pod uwagę to: jeśli nawet niektóre tendencje do tchórzostwa są być może zakodowane w naszych genach, to te predyspozycje prezentują zaledwie mniej niż połowę naszego kapitału odwagi w sytuacji kryzysowej.

Ostatnie badania pokazały w sposób miażdżący, że podejmując pewne wysiłki i posługując się sztuczkami, możemy zrobić więcej niż pokonać nasze naturalne skłonności i możemy wyhodować sobie zimną krew na stałe.

Trening zimnej krwi


Naszym pierwszym krokiem w kierunku większej kontroli strachu jest trening. Jeśli badania nad żołnierzami podczas drugiej wojny światowej i nad ofiarami katastrof mogą wydawać się złowrogie, to należy tutaj podkreślić pewien znaczący niuans: praktycznie żadna z tych osób nie była dobrze przygotowana do sytuacji, z którymi została skonfrontowana (dzisiaj, uczestnicy pojedynków paintballowych otrzymują lepsze przygotowanie niż żołnierze walczący w czasie ostatniej wojny światowej). Większość z nich reagowała jak ogłupiałe owce, nie dlatego, że nie byli w stanie dawać dowodów zimnej krwi, ale po prostu dlatego, że nie wiedzieli co robić.


A to można zmienić poprzez trening. Psycholog Andres Ericsson wykazał, że kiedy chcemy pozostać spokojni w centrum strzelaniny, albo po prostu w czasie publicznej prezentacji w biurze, najskuteczniejsza metoda polega na wytrenowaniu się na żywo, w realistycznych warunkach, do momentu, kiedy stanie się to naszą drugą naturą.

Jak powiedział David Eccles, kolega Ericssona, nawet zupełnie proste manewry, takie jak ćwiczenia ewakuacji, mogą przyczynić się do radykalnie do powstania lepszej odpowiedzi na kryzys. Dobre przygotowanie naszych predyspozycji naturalnych, z dużym wyprzedzeniem, to ziarno zachowania adaptacyjnego.

Inną metodą, której możemy się nauczyć, aby zachować swój spokój, jest metoda opierajaca się na innym rodzaju treningu: chodzi o to, abyśmy sami się nauczyli przekonań, które poprawią naszą odporność. Jeśli dla ciebie jest to żargon psychologiczny, to z pewnością nie czytasz Consulting Psychology Journal.

Mnóstwo następujących po sobie badań wykazało bowiem, że ludzie, którzy funkcjonują dobrze w warunkach stresu, dzielą ze sobą wiele głębokich przekonań: mają tendencję do uważania okresu zmian i niepewności nie za okres niebezpieczeństwa, ale okres niezwykłych, ekscytujących możliwości; koncentrują się nad tym, co mogą zrobić, aby ulepszyć stresującą sytuację, zamiast pozwolić na to, aby niemożność nimi zawładnęła; utrzymują w sobie raczej uczucie zaangażowania w świat, których ich otacza, zamiast uczucia wycofania.

Niektóre osoby są najzwyczajniej w świecie urodzone z takimi zdolnościami, ale psychologowie wykazali, że równie dobrze można je nabyć. Wśród tych psychologów jest Salvatore Maddi, który pracuje na  University of California-Irvine, i który stwierdza, że uczniowie, którzy uczestniczą w kursach „odporności” – na których uczą się oni nowych zachowań i przekonań odnośnie stresu – uzyskują lepsze oceny niż inni. Armia amerykańska ma taką wiarę w te metody, iż proponuje nawet swoje własne kursy odporności na stres, obowiązkowe dla każdego z 1 100 000 żołnierzy.

Nauczyć się kontroli stresu


Docieramy w końcu do tego, co być może jest najważniejszym składnikiem zimnej krwi; idea być może łatwa do zrozumienia, ale sama sztuka jest trudna do opanowania. Przedzierając się przez ogrom dokumentacji, możemy ze zdziwieniem stwierdzić, iż prawie nigdy nie wpadniemy na przykład bohatera niewzruszonego, który nie odczuwa strachu; ogromna większość umiera z przerażenia, dokładnie tak samo jak Bill Russell i Laurence Olivier.

Oto, co ich wyróżnia z tłumu: podczas gdy wielu z tych, którzy maszerują pod ostrzałem i walczą ze swoim strachem, przeklinając swoje nerwy, to osoby, które zachowują swój spokój, rozumieją, że strach niekoniecznie musi ich zatrzymać – może on im nawet pomóc. To przejście do bardziej przyjaznej wizji strachu jest czymś więcej niż zwykłym hokus-pokus.

Badania dotyczące wszystkich rodzajów osób, od muzyków klasycznych do zawodowych pływaków, nie znalazły absolutnie żadnej różnicy między elitami a nowicjuszami, jeśli chodzi o intensywność tremy przez pokazem; artyści i sportowcy z wyższej półki zdolni do zachowywania zimnej krwi mieli natomiast większą tendencję do uważania, że ich stres im pomaga, niż amatorzy.

Nieważne, co próbujemy zrobić pod ciśnieniem, jakim „know-how” się posługujemy – czy chodzi o pracę przy naglących terminach, czy o przemowę przed publicznością, czy też o zachowanie spokoju w czasie pierwszej randki – nauczenie się współpracy ze strachem, zamiast jego zwalczania, jest jednym ze sposobów, aby się zmienić.

Naturalnie, podążanie za tymi radami nie zrobi z was wzorca zimnej krwi z dnia na dzień (tak jak nas nauczył Charlie Sheen, tylko ludzie, którzy mają lwie serce i DNA Adonisa są zdolni do dokonywania takich wdzięczych gestów jedynie przy pomocy siły swojego umysłu). Ale nie mylicie sie: czego by wam nie mówiły wasze geny, to wybranie inteligentnego treningu, przyjęcie postaw odporności oraz rozwinięcie lepszej realcji ze strachem może nam pomóc w osiągnięciu prawdziwej łaski w momencie napięcia.

Oczywiście, trzeba wiele wysiłku, aby tego dokonać, ale co – kiedy to wlaśnie ty będziesz pierwszym herosem z zimną głową na pierwszych stronach gazet, będziesz mieć genialną historię do opowiedzenia w swoich bestsellerowych, budujących pamiętnikach.

Komentarze do: Maminsynek czy lwie serce?

Ta treść nie została jeszcze skomentowana.

Dodaj pierwszy komentarz