Szukaj

Dlaczego coraz więcej par żyje bez ślubu? Czy obrączka zmienia mózg?

Z danych statystycznych wynika, że z roku na rok w Polsce liczba zawieranych związków małżeńskich ciągle maleje, a co trzeci kończy się rozwodem. Co więc skłania młodych ludzi  do życia na „kocią łapę”? Czy małżeństwo to przeżytek, a my naprawdę nie jesteśmy stworzeni do monogamii?

Dlaczego coraz więcej par żyje bez ślubu? Czy obrączka zmienia mózg?

Jak to się wszystko zaczęło? Czyli krótka historia małżeństwa.


Pierwsze związki nie miały nic wspólnego z miłością. Według Helen Fisher, pierwotni ludzie wiązali się ze sobą tylko na czas pozwalający zapewnić przeżycie jednemu dziecku, czyli na około cztery lata. Taki stan, utrzymywał się przez tysiące lat, aż do momentu, kiedy kultura zaczęła brać górę nad naturą i wymyślono małżeństwo.

Początkowo małżeństwo zawierane było nie tyle między dwojgiem ludzi, co całymi rodzinami a nawet wioskami. Większość ślubów była aranżowana, liczył się ekonomiczny charakter związku i korzyści z niego płynące. W starożytnej Grecji jedynym warunkiem zawarcia związku było wyprowadzenie się kobiety do domu mężczyzny. Z czasem zmiana miejsca zamieszkania jednego z małżonków podczas ślubu, nabrała sakralnej oprawy.

Życie w związku było nie tylko łatwiejsze ze względów gospodarczych ale także można było uniknąć społecznego ostracyzmu. Staropanieństwo lub starokawalerstwo nie było w ogóle tolerowane, stanowiło raczej źródło wstydu i nieszczęść. Dodatkowo w Prawach Platona czytamy, że na Ateńczyków, którzy nie ożenili się do 35 roku życia, nakładane były wysokie grzywny!

Mimo że ludzie od zarania dziejów wiązali się w jakiś sposób ze sobą, natura człowieka buntuje się przeciw monogamii. Wyżej już wspomniana Helen Fisher zaznacza, że człowiek biologicznie jest zaprogramowany na tymczasowość, a monogamia nie jest stanem naturalnym i korzystnym dla naszego gatunku. Jako przykład można wskazać pierwszych polskich królów, którzy oprócz oficjalnych żon, mieli wieloletnie konkubiny. To samo dotyczyło stanów niższych, gdyż życie bez ślubu i wiążących się z nim obowiązków, było prostsze. Nie dotyczy to tylko odległych czasów, dziś poligamia jest równie żywa co kiedyś, głównie na Dalekim Wschodzie i wśród plemion.

Dlaczego małżeństwo się nie opłaca?

Jako cel zawarcia związku małżeńskiego, najczęściej wskazuje się chęć założenia rodziny, poczucie bezpieczeństwa i stabilność, zarówno ta finansowa i jak i psychiczna. Tyle, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat, czasy się zmieniły i małżeństwo nie jest do tego potrzebne, a nawet może utrudniać te zadania.

Na niekorzyść instytucji małżeństwa przemawia spadek matrymonialnej wartości kobiety wraz z wiekiem, opartej na jej zdolności reprodukcyjnej. Tak jak dla kobiet, bardziej wartościowy jest mężczyzna z grubym portfelem, tak dla płci brzydkiej liczą się wartości wizualne. W takim razie dla mężczyzn nie opłacalne jest wiązanie się na całe życie z kobietą, która za dwadzieścia lat, może wyglądać jak jej własna matka. Panie nie pozostają dłużne; nie chcą do końca swoich dni żyć z człowiekiem, który przez nieudany interes stracił płynność finansową.

Niechęć do deklaracji o życiu do grobowej deski, wynika także z logicznego kalkulowania. Psychologowie wskazują, że przyczyną tego typu zachowania mogą być role społeczne, które są nam wpajane od dziecka. Przez cały ubiegły wiek, aż do dnia dzisiejszego, kobiety starają się pozbyć krzywdzących stereotypów i walczyć z jednostronnym postrzeganiem ich w życiu społecznym.

Zobacz również:



Nic więc dziwnego, że współczesne kobiety, nie chcą stracić tego, co już osiągnęły, a stać by się tak mogło, gdyby weszły ponownie w rolę żony. Jeśli rozpatrzymy małżeństwo w kontekście teorii wymiany społecznej, to okazuje się, że koszty jakie poniesie kobieta zakładając obrączkę, mogą być znacznie większe od potencjalnych nagród.

Dopóki żyje w nieformalnym związku, dla szefa jest nadal niezależnym i odpowiedzialnym pracownikiem, którego można bez obaw awansować i powierzyć mu wymagające, czasochłonne zadania. Po ślubie jej status się zmienia, szef zaczyna przypuszczać, że jak ślub to i dziecko, a jak dziecko to urlop macierzyński, a co za tym idzie strata pieniędzy. Dlatego kobiety coraz częściej podchodzą do związku jak do kolejnego biznesowego wyzwania, gdzie trzeba rozważyć wszystkie zyski i koszty, a ewentualnie odstąpić od umowy, gdy tych pierwszych jest mniej.

Życie na „kocią łapę”

Z dzisiejszej perspektywy, pomysł słynnej amerykańskiej antropolożki Margaret Mead o dwustopniowych małżeństwach wydaje się świetny. Polegał on na tym, że młodzi, którzy nie planują od razu mieć dzieci, powinni najpierw trochę ze sobą pomieszkać i dobrze się poznać (tzw. „małżeństwo intymne”), a dopiero później zawierali by „małżeństwo rodzinne”. Gdyby partnerzy w  pierwszym etapie zdecydowali się rozstać, nie pociągałoby to za sobą problemów urzędowo- prawno- finansowych.

Te „małżeństwa intymne”, znane też pod nazwą konkubinatu lub związków na „kocią łapę” stanowią duży odsetek wszystkich związków w Polsce. W roku 2002 było ich aż 200tysięcy! Socjologowie przypuszczają, że skala zjawiska może być dużo większa. Mimo zmian społecznych, które niosą za sobą zmianę mentalności Polaków, jeszcze można usłyszeć, że konkubinat to patologia, a życie na „kocią łapę” to wstyd. Wynika to poniekąd z tego, że określeń na niesformalizowany związek, brak, a te co są, mają wydźwięk pejoratywny.


Można by było, broniąc instytucji małżeństwa, trzymać się stanowiska, że życie w związku jest bardziej gratyfikujące, chociażby z powodu wsparcia socjalnego, czy rożnego rodzaju programów, jak „Rodzina na swoim”. Jednak i to się zmienia. Zdaniem socjologów i ekonomistów, najbardziej dogodnym krajem do życia dla luźnych związków jest Wielka Brytania, gdzie od lat zaciera się różnica między prawami i przywilejami związków nieformalnych i małżeństw. W Polsce co prawda taka sytuacja nie ma jeszcze miejsca, ale osoby w konkubinatach od dawna domagają się traktowania na równym poziomie przez państwo.

Nie dziwi pewnie fakt, że najwięcej par żyje ze sobą na „kocią łapę” w zachodnich społeczeństwach, bardzo dobrze rozwiniętych gospodarczo. W indywidualistycznej kulturze zachodniej, promującej samowystarczalną i autonomiczną jednostkę, silnie zakorzeniony jest mit miłości romantycznej. Tak więc, jeśli jedno z partnerów nie jest pewne, że to ta lub ten jedyny na całe życie, nie śpieszy się z legalizacją związku.

Kim są ludzie w luźnych związkach?


To najczęściej ci, którzy traktują miłość jako spontaniczny akt, a poważnych związków boją się jak ognia. Nie myślą o związku jako o trudnym zadaniu, nad którym trzeba ciągle, systematycznie pacować. Wanda Sztander- Trabert mówi, że to co myślimy o małżeństwie, w znacznym stopniu decyduje o tym, jakie są nasze związki.

Osoby traktujące małżeństwo jako spełnienie swoich potrzeb, marzeń czy talentów, są gotowe rozglądać się za sytuacją lub związkiem, które obiecują spełnienie niespełnionego. Dopóki człowiek myśli o czymś jako o zadaniu, musi liczyć się z trudem. Gdy myśli o spełnieniu, poszukuje raczej sprzyjających okoliczności.

Zwolennicy luźnych związków, do pozytywów takiego życia zaliczają przede wszystkim tą, nieobciążoną konsekwencjami możliwość odwrotu i większą wolność niż w związkach zalegalizowanych.

Jeszcze miłość czy już przyzwyczajenie?

Ludzie, którzy od wielu lat żyją w konkubinacie, mówią, że tak naprawdę to niczym taki związek nie różni się od małżeństwa i jeśli ktoś myśli, że jest mniej zobowiązujący to jest w błędzie. Partnerzy tak samo angażują siebie, swoje uczucia i tak samo kochają, dlatego decyzja o rozstaniu jest równie trudna jak decyzja o rozwodzie.

Jak podaje Scott Stanley, amerykański psycholog z Uniwersytetu w Denver, jedną z konsekwencji życia na kocią łapę jest zjawisko inercji. Polega to na tym, że partnerzy tkwią w związku bezwładnie, a podstawą relacji staje się przyzwyczajenie a nie zaangażowanie. Z czasem, coraz trudniej jest zerwać i ostatecznie para podejmuje decyzję o sformalizowaniu związku.

W wielu przypadkach, gdyby okoliczności były inne, pary te nigdy nie zdecydowałyby się na ślub. Takie małżeństwa charakteryzują się słabym fundamentem, ponieważ nie ma już zaangażowania spajającego związek. Tezę, potwierdzają badania E. Thomson i U. Colelli z Uniwersytetu z Wisconsin, że im dłużej partnerzy mieszkają ze sobą przed ślubem, tym większe jest prawdopodobieństwo rozpadu ich małżeństwa.

Autor:

Paulina Łabędź

Komentarze do: Dlaczego coraz więcej par żyje bez ślubu? Czy obrączka zmienia mózg?

Ta treść nie została jeszcze skomentowana.

Dodaj pierwszy komentarz