Szukaj

Czy naprawdę możemy dać się pogrzebać żywcem?

Podziel się
Komentarze0

Film „Buried” gra na odwiecznym strachu: tym, że zostaniemy pogrzebani żywcem. Często związany z obawą przed błędem medycznym, strach ten nie powinien się już pojawiać, a to dzięki postępom w nauce i medycynie. W Brazylii, Maria das Dores mogła zostać pochowana żywcem. Gdyby w końcu ktoś się nie pochylił nad jej trumną, historia opowiedziana przez The Telegraph mogłaby mieć o wiele tragiczniejsze zakończenie.


Dnia 22 grudnia 2010 roku, podczas gdy szpital w Ipatinga powierzył ciało zmarłej lokalnemu przedsiębiorcy pogrzebowemu, aby ten przygotował jej pogrzeb, pewien pracownik zdał sobie sprawę, że Maria das Dores jeszcze oddychała. Osiemdziesięcioośmioletnia kobieta została więc odesłana do szpitala, który kilka godzin wcześniej stwierdził jej śmierć. Otwarto śledztwo, które ma znaleźć lekarzy odpowiedzialnych za ten dramat, a my przedstawiamy wyjaśnienia na ten temat, z okazji pojawienia się na ekranach kin filmu „Buried”.

Budzicie się w pozycji leżącej, na czymś zimnym i tapicerowanym. Z trudem otwieracie oczy, totalna ciemność. Próbujecie się podnieść, ale wasza głowa uderza w jakąś przeszkodę. Instynktownie, próbujecie ją odepchnąć, ale nic się nie porusza. Gdzie jesteście? Co się stało? Spanikowani, zaczynacie krzyczeć. Ale szybko zaczynacie pojmować, że jest to bezużyteczne: zostaliście bowiem pogrzebani żywcem. Jeśli taki rodzaj scenariusza sprawia, że się zlewacie zimnymi potami, z całą pewnością nie wybierajcie się na film „Buried”. Ten thriller, który reżyserował Rodrigo Cortés, do kin wszedł 3 listopada. Przez 90 minut oglądamy uwięzionego kierowcę ciężarówki, leżącego w trumnie, pod iracką ziemią. Szybko odkrywamy, że bohater został zakładnikiem tajemniczych żartownisiów, którzy trzymają go w zamknięciu, w oczekiwaniu na okup...

Intryga zupełnie nieprawdopodobna? Bez wątpienia, ale nie przeszkadza to zupełnie w tym, żeby film poruszał sprytnie temat uniwersalnego strachu: strachu przed obudzeniem się sześć stóp pod ziemią, bez możliwości powrotu do świata żywych.

Uniwersalne złudzenie

Strach ten, jeśli nawet może sprawić, iż myślimy o lękach klaustrofobicznych, to jest on również związany od zawsze z trudnością zaakceptowania „przejścia na drugą stronę”, jak wyjaśnia antropolog Louis-Vincent Thomas w swojej książce Le cadavre: w wyobraźni, rzeczywistość martwego ciała nie zaciera łatwo obrazu ciała żywego. Stąd więc fantazmy o resztce życia oraz o wrażliwości zwłok, które możemy odnaleźć w różnych postaciach, w prawie wszystkich cywilizacjach, niezależnie od tego, czy chodzi o zombie, o mitologę voudou czy też o wampiry z seriali i filmów klasy B.

Fantazmy o pogrzebaniu żywcem z kolei przekraczają granice i wieki, wszędzie z takim samym wigorem. Dlatego też, wśród niektórych ludów, władza posługiwała się pogrzebaniem żywcem jako karą śmierci, która miała uderzyć z mocą w zbiorową wyobraźnię przez swój spektakularny charakter. W starożytnym Rzymie, los ten był zarezerwowany dla westalek, które nie przestrzegały swoich ślubów czystości. W Średniowieczu z kolei, na taką karę skazywano kobiety oskarżone o cudzołóstwo, zabójstwo albo bunt polityczny... Dziś natomiast, zwyczaj ten tak nadzwyczajnie okrutny, jest praktykowany na Bliskim Wschodzie, aby ukarać „zbrodnie honorowe”: jak na przykład ostatnio w Kurdystanie w Turcji, gdzie 16-letnia dziewczyna została pogrzebana żywcem przez swoją własną rodzinę. Motyw: rozmawiała z mężczyznami...

Debata, która pasjonuje lekarzy

Jednakże, tafofobia – strach przed cmentarzami, jak również chorobliwy strach przed pogrzebaniem żywcem – nie jest komplenie irracjonalna: opiera się ona bowiem na niepewności, która jest znana od bardzo dawna, co do oznak fizycznych śmierci. Jak być naprawdę pewnym, że dana osoba rzeczywiście już wydała ostatnie tchnienie, a nie, że jest ona po prostu w stanie letargu "domniemanej śmierci"? Pytanie od dawna pozostaje otwarte, do tego stopnia, iż inspiruje najbardziej ekstrawaganckie zabiegi ostrożności, które mają walczy z katastrofalną ewentualnością przedwczesnego pochowania.

Zobacz również:



Według Herodota, Persowie składali zmarłych do ziemi dopiero wtedy, kiedy ptaki drapieżne były przyciągane przez zapach rozkładającego się ciała. Podobnie robili Tatarzy - grzebali zmarłych w niezbyt głębokiej fosie, aby głowa nieboszczyka pozostawała odkryta przez trzy dni. W czasie epidemii czarnej ospy w XIV wieku, ze względów sanitarnych, niektórych chorych pogrzebano w pośpiechu, podczas gdy tak naprawdę byli oni jeszcze żywi. Pod koniec epoki Ancien Regime we Francji, debata pasjonuje lekarzy, dla których jedynym nieomylnym kryterium śmierci pozostaje gnicie ciała. Niektóre anegdoty z epoki mrożą krew w żyłach: Encklopedia Diderota oraz D'Alemberta przywołuje przykłady pogrzebanych żywcem, którzy pogryzli swoje ręce i ramiona ze wściekłości i rozpaczy.

W XIX wieku natomiast, strach przed przedwczesnym pochowaniem osiąga apogeum. Błyskotliwi uczeni, tacy jak Gustave Le Bon, pochylają się nad tym problemem, który zresztą jest także przedmiotem żywej debaty wśród polityków. Ze swej strony z kolei, przeróżni twórcy parający się fikcją, jeden po drugim, przywłaszają sobie ten temat, aby za jego pomocą przerażać tłumy. Pisarze romantyczni, później Edgar Allan Poe albo Joris-Karl Huysmans, płodzą niewiarygodne historie o powracających z zaświatów albo wpółumarłych, uwięzionych w swoich grobach. Chora fascynacja, która działa na zasadzie kontrapunktu do triumfu rozumu, odziedziczonego po poprzednim wieku.

Kino i legendy miejskie

Wraz z pojawieniem się kina, mit pogrzebania żywcem przeżywa drugą młodość. Filmy takie jak Premature Burial (1962) Rogera Cormana albo Kill Bill 2 (2004) Quentina Tarantino, w których bohaterce udaje się uciec z trumny dzięki kilku sztuczkom kung-fu, gra umiejętnie kartami klaustrofobii, aby pobudzać wyobraźnię widzów. Ostatnio, w internecie możemy znaleźć mnóstow „legend miejskich” na ten temat, każdego rodzaju najbardziej wymyślne statystyki oraz pseudonaukowe badania nad liczbą pogrzebanych żywcem. Jest na czym opierać wątpliwości.

Ale bądźcie pewni, ten rodzaj niedopatrzenia nie wydaje się dziś prawdopodobny w dzisiejszych czasach. Przede wszystkim dlatego, iż ciało każdej zmarłej osoby trafia na pewno do lekarza. Stwierdzenie zgonu musi być obowiązkowo zredagowane przez lekarza, jak wyjaśnia profesor Luddes z serwisu medycyny sądowej przy Szpitalnym Centrum Uniwersyteckim w Strasbourgu. Pod uwagę bierze się wiele kryteriów w czasie wykonywania badania klinicznego: brak spontanicznego oddychania, brak aktywności serca, brak świadomości, przede wszystkim.


Medykalizacja śmierci


Trzeba wiedzieć, że w naszych czasach jest coraz trudniej przejść na tamtą stronę w domu. W 70% przypadków, do zgonu dochodzi w szpitalu, ponieważ bardzo często lekarze ogólni mają zwyczaj wysłać umierających na ostry dyżur. Jest to zwyczaj, który koresponduje z rosnącą medykalizacją procesu końca życia: w rzeczywistości, odpowiedzialność za podjęcie decyzji o śmierci przeszła już dawno na rodzinę i na instytucje religijne. Spoczywa ona całkowicie zresztą na ramionach lekarza, który stał się centralną postacią nowego rytuału śmierci w szpitalu, jak odnotowuje historyk Michel Vovelle w swoim dziele La mort et l'Occident de 1300 à nos jours.

Doktor Neidhardt, emerytowany profesor anatomii i historii medycyny na Uniwersytecie w Lyonie wyjaśnia: bycie pogrzebanym żywcem wydaje mi się wysoce nieprawdopodobne, jeśli diagnoza kliniczna zgonu jest zrealizowana prawidłowo. Ale, oczywiście, istnieje zawsze możliwość nieudanego badania. Dlatego też, mogło się zdarzyć w historii, iż niektórzy pacjenci budzili się w kostnicy. Ale są to jak najbardziej wyjątkowe przypadki. Dramat filmowy, gdzie jakiś człowiek budzi się uwięziony między czterema deskami, jest fantazją. Ale prawdą jest, że jest on szeroko rozpowszechniony: niektórzy pacjenci wolą zostać spaleni albo oddać nawet swoje ciało na rzecz nauki, aby choć trochę złagodzić ten strach.

Dla wszystkich praktycznych celów, po stwierdzeniu zgonu, ciało pozostaje jeszcze conajmniej przez 2 godziny pod okiem lekarza. Później, ciało przechodzi do rąk pięciu różnych osób minimalnie: na przykład, pracownicy zakładu pogrzebowego. W większości przypadków, zastępuje się w nim krew przez formalinę, która ma za zadanie konserwowanie ciała – jest to praktyka, która w ogóle nie jest kompatybilna z życiem. Poza tym, pogrzebania ciała można dokonać dopiero po upływie conajmniej 24 godzin od stwierdzenia zgonu. Co zostawia trochę czasu zmarłemu, na wypadek, gdyby miał się obudzić.

Badania przeciwko „fałszywym” zmarłym


A o co chodzi z sytuacjami „domniemanej śmierci”, która w przeszłości mogła być przyczynić się do kilku przedwczesnych pogrzebów? Mogły one wynikać z różnych powodów: hipotermia, na przykład, powoduje pojawienie się oznak identycznych do oznak śmierci, jak sztwność mięśni, rozszerzenie źrenic. Tak samo, zatrucie jakąś substancją toksyczną (benzodiazepiny, barbituriany), może spowodować śpiączkę, która, w najgłębszym stadium, charakteryzuje się brakiem reakcji na bodźce bólowe, całkowitym zanikiem wszystkich oznak neurologicznych oraz całkowitą nieobecnością aktywności mózgowej przez czasami nawet ponad 30 minut.

Na szczęście, postępy medycyny pozwalają wykryć przypadki „fałszywej” śmierci. W XIX wieku, aby upewnić się co do realności zgonu, umieszczano lustro przed ustami zmarłego, aby sprawdzić brak oddechu; przecinano mu tętnicę nadgarstka, aby sprawdzić zatrzymanie krążenia krwi; albo zanurzano igłę w jego sercu, aby wykryć aktywność sercową. Dzisiaj istnieją inne metody. Lekarze używają przede wszystkim elektrokardiogramu, który rejestruje aktywność elektryczną serca, oraz encefalogramu, który stwierdza śmierć mózgową, która zresztą od lat 60 ubiegłego wieku jest uznawana za absolutne kryterium „nieodwracalnej” śmierci.

Dlatego, o ile nie wpadniemy na lekarza o karygodnym lenistwie, nie ma ryzyka, że „umrzemy” i zostaniemy pogrzebani ... żywcem. Jakby nie było, jeśli jakimś nieszczęśliwym przypadkiem zdarzy wam się przebudzić w pełni sił w trumnie, to bardzo małe zapasy tlenu, który będziecie mieli do dyspozycji, pozwolą wam przeżyć najwyżej godzinę albo dwie. Nie ma się więc o co niepokoić.

Komentarze do: Czy naprawdę możemy dać się pogrzebać żywcem?

Ta treść nie została jeszcze skomentowana.

Dodaj pierwszy komentarz